Nie spodziewałam się fajerwerków. Od lat wierna
fantastyce, nie myślałam, że coś może skraść jeszcze moje serce i konkurować z
klasykami gatunku. Życie lubi zaskakiwać.
„-
Ciesz się swoim ludzkim sercem, Feyro. Żałuj tych, którzy nie czują już nic.”
Po dobrym „Szklanym tronie”, w oczekiwaniu na kolejne
części, zabrałam się za „Dwór cierni i róż”. Wiedziałam, że może być to coś
niesamowitego, ponieważ koleżanki blogerki zdążyły mi już zdradzić, że
uwielbiają całą serią i z utęsknieniem czekają na trzeci tom. Bardzo lubię
„aktualne” na rynku powieści, wyczekiwanie na kolejne tomy, spekulacje na temat
fabuły, więc z radością sięgnęłam po tę pozycję.
Po śmiertelnej stronie muru żyje Feyra. Pewnego dnia,
kiedy wybiera się na polowanie, zmęczona głodem, na polanie, gdzie zaczaiła się
na ofiarę pojawia się zwierzyna, która mogłaby dać ulgę całej rodzinie na długi
czas. Z oddali czai się także kolejny napastnik, którego młoda dziewczyna nie
zauważa. Wilk. Feyra zabija Fae i ten czyn zmienia całe jej życie.
„-
Nadziei potrzebujemy w równej mierze co chleba i mięsa - wszedł mi w słowo i
spojrzał na mnie bystrym wzrokiem, co u niego było rzadkością. - Potrzebujemy
nadziei, bo ona daje nam siłę, by trwać.”
„Dwór cierni i róż” to dojrzała powieść. Zachwyca
wielowątkowy świat i ogólna kreacja. Fabuła zaskakuje i daje czytelnikowi wiele
emocji. Początek można porównać do opowieści o „Pięknej i Bestii” – jest wiele
wspólnych czynników. Bestia, Tamlin, okazuje się mieć dobre serca, pomimo, że
skrywa wiele tajemnic, które mogą nam się nie spodobać.
Maas stworzyła ciekawy świat magii, gdzie czytelnik
bardzo szybko się odnajduje. Od pierwszych stron powalił mnie styl pisarki,
który jest dużo lepszy niż w pierwszym tomie „Szklanego tronu”. Nic nas nie
przytłacza, język jest zwięzły i z przyjemnością snuje miłą historię. Nie
brakuje fantastycznych stworzeń – wilki, nagi, surela, które dodają
egzotyczności.
Pojawia się wątek miłosny. Feyra walczy o ukochanego i klątwę,
która została rzucona na jego lud. Pod balową maska skrywa się mężczyzna, którego
główna bohaterka obdarzyła uczuciem.
„Dwór cierni i róż” wypadł bardzo dobrze. Jestem
pozytywnie nim zaskoczona. I oficjalnie głoszę, że uwielbiam tę serię. W sumie ta recenzja jest bardzo nie logiczna, ale cóż, po skończeniu pierwszego tomu, chodziłam jak zombie i poszukiwałam kolejnej części, jakby była narkotykiem. I kupiłam, przeczytałam i wkrótce wam opowiem, o niej więcej, bo o tej serii mogłabym powiadać godzinami.
„-
Słucham? - zapytałam wyrwana z zamyślenia.
-
Czy Ci się podoba? - spytał ponownie, nie przestając się uśmiechać.
Odetchnęłam
i rozejrzałam się wkoło.
-
Tak.
Zachichotał.
-
To wszystko? Zwykłe "tak"?
-
Czy mam paść ci do stóp, książę, i dziękować uniżenie za przywiezienie mnie
tutaj?
-
Ach, suriel nie powiedział ci nic ważnego, prawda?
Jego
uśmiech obudził we mnie uśpioną dotąd śmiałość.
-
Powiedział też, że lubisz być szczotkowany, a jeśli będę sprytna, to wytresuję
cię, karmiąc smakołykami.
Tamlin
odchylił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym śmiechem. Wbrew sobie również się
lekko roześmiałam.
-
Niech skonam! - zawołał siedzący za mną Lucien. - Feyro, ty zażartowałaś.”
Za możliwość przeczytania tej książki, dziękuję wydawnictwu
Uroboros.